Błędy w blogowaniu, które popełniałam przez lata. Unikaj ich!

Mój pierwszy blog założyłam pod koniec szkoły podstawowej, dokładnie w dniu, kiedy pojawił się w moim domu Internet.

Adres tego dzieła składał się z co najmniej dwudziestu znaków, brzmiało to mniej więcej tak: mojblog-gosiaandrzejewicz, gosiaandrzejewicz-mojeinfo albo codziennik-gosiaandrzejewicz, nie pamiętam. Wiecie już kogo dotyczył. Pisanie postów polegało na wyszukiwaniu nowych informacji o ulubionej artystce, kopiowaniu ich i publikowaniu u siebie z odpowiednim zdjęciem lub bez. Po co komu zdjęcia.

Do kolejnych wstydliwych wyznań mogę dorzucić to, że tak długo pisałam maile i listy do różnych osób związanych z Gosią Andrzejewicz, aż ktoś się zlitował i autoryzował mi tę stronę. Taka autoryzacja emocjonalnie dla dziecka oznaczała tyle, co dla dorosłej dziś blogerki sto tysięcy UU. Rozumiesz więc powagę sprawy. To wtedy było też bardzo modne. Należało wybrać piosenkę, która będzie nazwą takiego autoryzowanego bloga i można było do woli kopiować z Sieci newsy. Wówczas mój blog zyskał nową nazwę, brzmiała: ab-refleksjem. A później mi się znudziło. Ufff.

błędy w blogowaniu
Oto pamiątka po pierwszym blogu.

Fakt, że skończyłam z prowadzeniem fanowskiego bloga o polskiej gwiazdce nie oznaczał, że skończyłam z blogami i w ogóle z tą tematyką. Przechodziłam przez Ewę Farną, Ashley Tisdale i na pewno wiele innych, których teraz nie pamiętam. Pamiętam natomiast, że kochałam tworzyć te blogi, wyszukiwać zdjęcia i przeglądać te ładniejsze o tej samej tematyce.

W pewnym momencie tak mocno zafascynowały mnie blogi (w moim ówczesnym mniemaniu) ładne graficznie, że sama nabrałam ochoty, by poklikać w różnych programach i tworzyć coś swojego. Teraz uśmiecham się jak na to patrzę, ale wtedy wykonywane przeze mnie nagłówki uchodziły za pożądane i pod każdą notką była limitowana możliwość ich zamawiania. Walutą za wykonane obrazki były komentarze.

błędy w blogowaniu
Moje nagłówkowe „dzieła”. Niezłe, co? 😉

Coraz bardziej wkręcam się teraz we wspomnienia tamtego mocno dziecięcego blogowania, osobny wpis mógłby z tego zaraz powstać. Interesowałby kogoś?

To małe naświetlenie moich blogowych początków miało na celu pokazanie, jak długo szukałam swojej drogi i ile zajęło mi zrozumienie, że skoro już to robię, to warto najlepiej jak potrafię. Potrzebowałam prawie 10-ciu lat „samokształcenia” i eksperymentów, żeby świadomie napisać dziś o błędach, jakie popełniałam. Nie przesadzę też jak powiem, że uświadomiłam je sobie nie dalej jak miesiąc temu i z niektórymi odkryciami jeszcze nieco się gryzę.

 

Błędy w blogowaniu, które popełniałam przez lata

 

1. Absolutny brak regularności.

Nieregularność w pisaniu to najgorsze, co bloger może zafundować swojemu blogowi. Odbiera mu tym niemal cały ruch. A ja nigdy nie zwracałam uwagi, kiedy ma pojawić nowy wpis, bo publikowałam, jak tylko naszła mnie ochota. Czasem codziennie, czasem raz na miesiąc. Trudno zbudować zaangażowaną społeczność, jeśli ona nie będzie wiedziała, kiedy może spodziewać się czegoś nowego. Sierpniowo-wrześniowy rozkład blogowania przewiduje posty trzy razy w tygodniu, we wtorki, czwartki i soboty. Oczywiście chciałabym utrzymać ten rytm przez resztę roku, ale jeszcze nie wiem, czy inne obowiązki mi na to pozwolą.

Podsumowując – regularność to klucz do życia bloga. Ustalone z czytelnikami konkretne dni, a może nawet rodzaj postu, jaki w te dni się będzie pojawiał, to klucz do życia bloga lifestylowego. Warto pamiętać, że takich blogów jest na pęczki. Dlaczego właśnie do mnie miałby ktoś wpadać, skoro go zaniedbuję i dostarczam treści raz na miesiąc?

 

2. Różna długość postów.

Miałam w swojej karierze takie wpisy, które składały się z jednego zdjęcia i jego podpisu, z cytatu albo z trzech refleksyjnych zdań. To jest dobra technika, ale na tworzenie luźnych notatek w kalendarzu, a nie na blogu, który w założeniu ma przyciągać zainteresowanych. Zaczynając pisać Wolniej, spytałam kogoś, kto lepiej się na tym zna:

– Z ilu słów powinien składać się jeden wpis?
– Jeśli chodzi o twoją tematykę, to 500-600. – usłyszałam w odpowiedzi.

Okej, zatem od początku trzymałam się tych wytycznych i mało znajdziesz tu postów, które mają mniej niż 500 słów. Czy to jest najlepsza droga? Na start owszem, bo w moim przypadku pomogła wyrobić sobie nawyk pisania, a nie zbierania krótkich myśli, jak miałam w zwyczaju kiedyś. Z czasem zauważam, że 500 słów to za mało (np. w dzisiejszym wpisie), więc teraz traktuję to jako minimum.

Podsumowując – ustal ile słów powinny mieć twoje posty i trzymaj się tego. Czytelnik będzie wiedział, czego się u ciebie spodziewać, a ty na pewno rozwiniesz się kreatywnie, jeśli próg słów będzie większy niż ten, do którego przywykłeś.

 

3. Niesprecyzowane kategorie.

Ciekawe kategorie czy serie wpisów mogą stać się hitem bloga lifestylowego. Wyróżnić go. Zawsze nazywałam kategorie bloga banalnie. Były działy: kuchnia, uroda, książki, podróże. Jak wszędzie. Teraz ciągle główkuję nad najlepszym podziałem, ale już zrezygnowałam z tych banalnych, wymienionych dwa zdania wcześniej.

Uwagę na kategorie zwróciłam po radzie, którą dała mi dr Marta Klimowicz. Powiedziała mi mniej więcej tyle, że jeśli znalazłam swoją cechę charakterystyczną, czyli szeroko rozumianą „powolność”, to dlaczego nie kontynuuję tego w poszczególnych wpisach?

Podsumowując – warto przemyśleć o czym tak naprawdę chce się pisać i skategoryzować to w przejrzysty sposób, pasujący jednocześnie do idei bloga.

 

4. Nie zagłębianie się w tematykę blogowania.

Przede wszystkim mam na myśli wpisy doświadczonych osób i książki. Szczególnie polecam cztery.

  1. Tomek Tomczyk, Bloger – poradnik dla blogerów
  2. Tomek Tomczyk, Blog. Pisz, kreuj, zarabiaj 
  3. Joanna Glogaza, Marta Klimowicz, Zawód: bloger. Jak zarabiać na blogu i odnieść sukces? (e-book, 24.90 zł)
  4. Dorota Zalepa, Jak pozycjonować bloga? (darmowy e-book)

Podsumowując – niezależnie od etapu blogowania, na którym jesteś, warto wiedzieć więcej i zapoznać się z tymi lekturami blogerskiego kanonu.

 

5. Zapominanie o portalach społecznościowych.

Co z tego, że zawsze miałam fanpage na Facebooku, konto na Twitterze, Google+ i innych mediach, skoro nie dbałam o to, by pojawiały się tam treści. Kolejny blogerski strzał w stopę. Dzisiaj połowa ruchu na blogu jest stamtąd.

Weźmy na przykład Facebooka. Nie przekłada się to na polubienia strony, prędzej na kliknięcia, ale publikowane tam przeze mnie posty docierają do kilku tysięcy osób. To potężne narzędzie, które może bardzo ułatwić promocję bloga.

Podsumowując – dobrze od początku aktywnie działać w mediach społecznościowych, utrzymywać tam stały kontakt z osobami, które zaufały ci na tyle, że kliknęły „lubię to”. A, i jeszcze jedno. Informując o nowym wpisie nie wystarczy, że wkleisz link. Należy się zdanie wyjaśnienia. Teraz już wiem.

 

Dostrzegam jeszcze kilka błędów, które popełniałam na przestrzeni lat, ale nie piszę tu teraz e-booka, więc co powiesz na drugą część wpisu za jakiś czas? Daj znać, czy też zdarzyło ci się popełniać jakieś błędy i jak sobie z nimi poradziłeś? 

[separator type=”thick”]

Podobał ci się ten wpis? Pokaż go światu. Dzięki poniższym przyciskom zajmie ci to tylko chwilę.

Podobne wpisy