24 maja 2017

Czarny charakter – debiut Łukasza Stachniaka

Nie uwierzyłabym temu, kto by mi kiedyś powiedział, że będę czytać książkę o warszawskiej mafii. Nikt by nie uwierzył. A jednak.

TEN JĘZYK…

Zwykle w książkach szukam pewnego ukojenia, części współgrającej ze mną, czegoś co mnie chwyci i nie będzie chciało puścić. Łukasz Stachniak w swojej debiutanckiej książce Czarny charakter odtwarza atmosferę warszawskiej ulicy, po której prowadzi nas Ładeczek Lajzer i nie znalazłam podczas tego spaceru nic, co byłoby „moje”. Nie znaczy to jednak, że książka mi się nie podobała, bo…

…przede wszystkim uwagę przyciąga język. Początkowo mnie rozpraszał, ale po parunastu stronach można się przyzwyczaić, wpaść w ten rytm. Autor budując zdania, zwykle stawia czasownik na końcu. W praktyce wygląda to tak:

Mnie praca dziadka nie przeszkadzała. Od małego cierpiałem na światłowstręt, także wiele czasu poza domem nie spędzałem. Najchętniej wychodziłem po zmierzchu, a z pór roku najbardziej zimę lubiłem. […] Kiedy dziadek zabierał mnie do roboty, nic przeciwko temu nie miałem.”

Cytat przypadkowy. Widzicie szyk? Podziwiam autora za konsekwencję, domyślam się, że nie należało do łatwych zadań pisanie językiem, który już nie istnieje.

Jednak nie to nie budowa zdań prawdziwą gratką, ale wplatanie w nie słów, które dziś są już zupełnie nieznane, a kiedyś były używane regularnie. Kilka przykładów ze słowniczka z tyłu książki:

adachy – buty
bakałarz – nauczyciel
bambaj – tramwaj
chabazie – kwiaty
dryzda – kobieta
kalapitra – głowa

I mogłabym tak wymieniać, i wymieniać, bo słów jest od groma. Większość pochodzi z gwary warszawskiej, ale nie tylko, bo np. kalapitrę kojarzę z gwarą lwowską. Niemniej, książka to skarbnica językowych smaczków!

ZARYS FABUŁY

My tu gadu gadu o języku, a co z fabułą? Jak już wcześniej wspomniałam, po tym mrocznym świecie przeprowadza nas Ładeczek Lajzer, którego dziadek był podrzędnym poborcą haraczu i nie szczędził wnukowi żadnych widoków od najmłodszych lat chłopaka. A wiadomo, że czym skorupka za młodu… W jednym z burdeli Lajzer poznaje swojego późniejszego towarzysza „przygód”, Innocentego. Razem podejmują różne szemrane prace, chociażby takie, jak fałszowanie dokumentów.

PODSUMOWUJĄC

Z pewnością nie jest to książka, w której każdy się odnajdzie. Zarówno ze względu na tematykę, jak i język, choć z drugiej strony dla samego języka warto przeczytać. Poszerzanie horyzontów, również tych czytelniczych, jest fajne 🙂

Na co dzień studiuję polonistykę i pracuję w agencji 360. W międzyczasie pstrykam zdjęcia, poszukuję piękna w małych rzeczach, celebruję codzienność i piszę o tym, jak zwolnić w życiu. Kontakt/współpraca: jedlinskaaleksandra@gmail.com

  • ,,Bambaj” to jeszcze moja koleżanka mówi – tylko częściej w wersji ,,trambambaj”, dzięki czemu udaje się zrozumieć, co ma na myśli. Za pierwszym razem i tak skojarzyłam to z trambambulą…
    Lubię gwary miejskie, w ogóle po przeczytaniu tego cytatu zaatakował mnie klimat międzywojennych wierszy rewolucyjnych (ostatnie co czytałam z gwarą warszawską to była Antologia polskiej poezji rewolucyjnej 1918-1939, na pewno coś tam było tak napisanego). Sama mówię oczywiście jak człowiek z miasta Łodzi.
    Z ciekawości językowej bym przeczytała tę książkę.

  • A ja lubię takie tematy 🙂

  • Klaudia Żankowska

    Fabuła brzmi ciekawie, szyk zdań też wydaje się być ciekawy. Nie wiem czy bym przeżyła te „językowe smaczki”, ale przeczytałabym 🙂
    http://hamster-and-life.blogspot.com/

© 2016 - 2017 Aleksandra Jedlińska