Czy wpis blogowy musi zmieniać życie?

Mogłabym nazwać ten wpis tak: „6 rzeczy, które musisz zrobić w niedzielę, żeby mieć lepszy tydzień”. Albo tak: „Niedzielne rytuały, które uczynią twój tydzień produktywnym”. Owszem, mogłabym, bo miałabym wtedy pewność, że więcej osób się nim zainteresuje, kliknie, zerknie, może skomentuje. Tylko jeśli mam być szczera – taka forma jest bardzo ograniczająca. I najczęściej pozbawiona emocji. Dla czytelnika osoba, która po drugiej stronie ekranu napisała taką treść jest nieważna. Liczy się te kilka punktów, które dają nadzieję, że jak się do nich zastosujemy, to nasze życie się zmieni. No a jak tworzy się wpisy „5 sposobów na…”, „Jak zrobić…”, „3 rzeczy, które musisz…”? Mechanicznie. W głowie układa się te kilka rzeczy, które warto wypunktować, potem od nich zaczyna tworzenie postu, dalej na szybko jakiś wstęp, jednozdaniowe podsumowanie, zadanie pytania, wklejenie stockowego zdjęcia i gotowe, wyświetlenia i udostępnienia w kieszeni. Tylko czy zawsze jedynie o to chodzi?

Lubię mój blog i jego formę, mimo że niektóre wpisy napisałam schematycznie i nie cieszyły mnie przy publikacji. Innym się podobały, bo miały w sobie jakiś konkret. Lubię dzielić się wiedzą i ciekawostkami, dlatego nie chciałabym rezygnować z wpisów o Instagramie, ani z raczkującego działu o języku polskim. Czegoś mi jedynie brakuje. Może kogoś? Może mnie?

Wracając do niedzieli, którą na sześć sposobów można umilić. A można i robię to, bo jak wpadnę w wir tygodnia, zabraknie czasu. Żongluję tekstami, które pochłaniam. Flaubert, Boileau, Sebald, bajki staropolskie i historie kobiet, które wybrały życie, udowadniając, że aborcja nie zawsze jest jedynym rozwiązaniem ani powodem do dumy. Ta wybuchowa literacko mieszanka tworzy tło mojego weekendu. Idę na spacer, bo wyjątkowo nie pada. Zbieram kasztany i brązowe liście, które ozdobią mój parapet. Wieczorem obejrzę dwa odcinki Gry o tron, to już piąty sezon, ile ich właściwie wszystkich jest? Potem spróbuję zaplanować nadchodzący tydzień, usiądę nad kalendarzem i zanotuję, co i kiedy muszę zrobić, co napisać, co opublikować, co doczytać, co sfotografować, a gdzie i o której godzinie się pojawić. Jeszcze później wsmaruję w siebie olejki i, po wypiciu podwójnej melisy, zasnę przed północą.

Wersja klikalna wyglądałaby tak:

  1. Znajdź czas na czytanie książek.
  2. Wybierz się na długi spacer.
  3. Skorzystaj z wolnego wieczoru i pooglądaj serial.
  4. Zaplanuj nadchodzący tydzień.
  5. Zadbaj o siebie.
  6. Pójdź wcześniej spać.

Widzisz różnicę?

img_0240

Ten wpis nie zmieni twojego życia. Nie da żadnego gotowego rozwiązania na dobry dzień ani na nic innego. Ale tu na blogu może okazać się przełomowy, bo przestanę myśleć w kategoriach klikalności i przydatności o tekstach. Może pozwoli mi otworzyć tu drzwi dla codzienności, tej zwykłej, na dostrzeganie małych rzeczy i dzielenie sobą. Będzie miło, jeśli dzięki tym paru akapitom spojrzysz jeszcze raz na swoje lubione blogi i zastanowisz się z jakich pobudek powstały poszczególne wpisy. Świadomość przede wszystkim!

A wracając do tytułu postu – czy wpis blogowy musi zmieniać życie? To pytanie, z którym cię zostawiam. Dobrej niedzieli!

img_0241