Jak nie dać się złapać w pułapki przyjemności?

Pomiędzy czerpaniem przyjemności a uzależnieniem od tego stanu postawiona jest bardzo cienka granica. Każda pasja może przerodzić się w obsesję, a niewinna lampka wina do obiadku „na lepsze trawienie” stać nieodłącznym elementem dnia, na który się czeka i bez którego jedzenie obiadu jest bez sensu. Jak umiejętnie czerpać przyjemność z jedzenia, zabawy, relacji z drugim człowiekiem czy zakupów? O tym właśnie jest pierwsza książka, którą przeczytałam w 2018, czyli Pułapki przyjemności, autorstwa Roberta Rutkowskiego. 

Kto ogląda wywiady Łukasza Jakóbiaka, temu prawdopodobnie postać Roberta Rutkowskiego nie jest obca, bo z tego, co pamiętam, był on gościem kawalerki już dwukrotnie, a odcinki z jego udziałem składają się z dwóch części. Pan Rutkowski to psychoterapeuta, pedagog i wykładowca, były reprezentant Polski w koszykówce. Zawodowo zajmuje się prowadzeniem sesji terapeutycznych dla osób mających problemy z uzależnieniami. Książka Pułapki przyjemności stanowi zapis rozmowy terapeuty z dziennikarką Ireną A. Stanisławską.

Wszystko może być pułapką

Mogłoby się wydawać, że uzależniamy się tylko od papierosów, alkoholu i narkotyków. A tak naprawdę uzależnić może wszystko. Jedzenie, bliskość, praca, sport, zabawa, relacje międzyludzkie, czyli to, co otacza nas codziennie. Jedzenie, które staje się sposobem na zapomnienie o smutkach. Seks, który zamiast być dopełnieniem związku, staje się fundamentem albo wchodzi w nawyk jako lek na troski. Praca, która zaczyna być WSZYSTKIM, przenosi się do domu, na wieczory, które powinny być zarezerowane dla rodziny czy na pasje. Zabawa, która przestaje cieszyć, a zaczyna stanowić zagrożenie (upijanie się na imprezach). Sport, który staje się niebezpieczny dla zdrowia – kolejny maraton, kontuzje, uznależnienie od endorfin i adrenaliny. Mogę wymieniać dalej, ale wniosek wysunął się już sam. Wszystkie przyjemności, z których korzystamy, by zagłuszyć siebie, przykryć nasze niedoskonałości, są pułapką.

Jak żyć, panie Rutkowski?

Autor Pułapek przyjemności zgrabnie przeprowdza czytelnika przez świat używek, tłumacząc na licznych przykładach mechanizmy ich działania. Daje do myślenia. Tok rozmowy z dziennikarką podzielony jest na kilka tematycznych rozdziałów, a każdy z nich zakończony jest podpowiedziami „jak żyć” oraz ostrzeżeniami, kiedy powinna zapalić nam się lampka kontrolna. Poniżej cytaty.

Jeśli co tydzień chcesz zrobić coś ekstremalnego, typu: skok na bungee, ze spadochronem, wspinaczkę skałkową, jazda motocyklem na torze, zastanów się, czy inne sfery życia traktujesz z taką samą atencją.

Jeśli zabierasz zaległości z pracy do domu, to nadal jesteś w pracy. Policz, ile godzin wtedy pracujesz i jak długo trwa ten stan. Jeśli kilka dni i za chwilę wracasz do stargo, prawidłowego trybu, to przetrwasz to bez szkody dla zdrowia, jeśli to twój styl pracy, to masz problem ty i mają go twoi bliscy.

Możecie powiedzieć, że to banały. Zrozumiem. Ale wiecie, że właśnie banałów często nie zauważamy?

„Mnie to nie dotyczy”

Jasne, jasne. Mnie też nie 😉 Tylko nie potrafię spędzić godziny bez sprawdzenia telefonu, jednego dnia bez Facebooka i męczy mnie poczucie, że coś mnie omija. To wcale nie jest uzależnienie 😉

Szczerze zachęcam do sięgnięcia po książkę Pułapki przyjemności tym, którzy mają ochotę wybrać się w podróż po swoich nawykach i chcą zastanowić się, czy na pewno są to dobre nawyki i przyjemności, a nie ciche zasadzki. Bo jakże inaczej można nie dać się złapać, jeśli nie poprzez świadomość ich istnienia?


Pozostańmy w kontakcie:

  • Kolejna pozycja, która trafi na moją listę do przeczytania. Niedługo życia mi nie starczy na te wszystkie książki. Na pewno mam dużo przyjemności od których się uzależniłam. Jedną z nich są słodycze. Sięgam po nie machinalnie, choć staram się to już ograniczać.

    Nie do końca jednak zgodzę się tu z przykładem z pracą. Jestem nauczycielem i niestety, ale pracę przenoszę do domu. Niemal codziennie. Lekcje same się przecież nie przygotują. Trzeba nad nimi trochę posiedzieć. Testy same się nie sprawdzą, a maile nie odpiszą (a przez ten głupi dziennik elektroniczny, maili jest od groma)…. więc myślę, że czasem po prostu nie da się nie przenosić roboty do domu 🙂

    • Martyna, przykład z pracą adekwatny, bo nie chodzi o to, by tego nie robić, ale by nie być uzależnionym od wewnętrznej (nie zewnętrznej) potrzeby, np. przynoszenia pracy do domu. Z tego co zrozumiałam u Ciebie potrzeba jest zewnętrzna – tak po prostu wygląda praca nauczyciela (oraz wykładowcy, freelancera, szkoleniowca, terapeuty, lekarza, pewnie jeszcze kilku zawodów). Nie musi to jednak mieć nic wspólnego z mechanizmem uzależnienia. 🙂

  • Też niepokoi mnie moje FOMO, cyba trzeba coś z nim zrobić.

  • Bardzo ciekawy temat poruszyłaś. Najciekawsze jest to, że najczęściej, o ile nasze uzależnienie nie jest ewidentnie szkodliwe a szkody wyrządza raczej długoterminowo, orientujemy się w naszym uzależnieniu dopiero wtedy, gdy upragniony bodziec jest nam odebrany (gdy mamy uszkodzony telefon, w domu nie ma nic słodkiego, nasz wizerunek jest, choćby delikatnie, zachwiany w czyichś oczach, nie mamy dostępu do Internetu, nie możemy wybrać się na siłownię, do kosmetyczki, poczytać książki, etc. – zależnie od osoby).

    To, że nie wystarczy tylko zwrócić uwagę na uzależnienia, które nam szkodzą (np. słodycze), było dla mnie dużym odkryciem. One są tylko wierzchołkiem góry lodowej, a ile kryje się jeszcze pod wodą!

    Te drugie, te pod wodą, teoretycznie nam nie szkodzą. W końcu chodzenie na siłownię to dobra rzecz, podobnie jak sumienna praca, sprzątanie domu albo czytanie książki. Ale… pytanie czy chcemy korzystać z tych aktywności, bo taką podejmujemy decyzję, czy dlatego, że inaczej już nie możemy. W pierwszym przypadku, nic się nie stanie, gdy ze względu na siłę wyższą i priorytety np. ominiemy trening. W drugim – będzie to dla nas problem, mimo świadomości, że nie mogliśmy postąpić inaczej.

    Wcale niełatwo dobrać się do tych swoich „dobrych uzależnień” – zauważyć ich i zdystansować. Dodatkowo społecznie skrupulatność w takich dziedzinach jest zwykle traktowana jako atut i nagradzana, dlatego „odwyk” może być jeszcze trudniejszy.

    To tylko dowodzi, że, mimo wszystko, to my najlepiej znamy siebie, choć…czasem ta znajomość jest dość powierzchowna. Może najlepiej byłoby powiedzieć, że mamy dostęp do największej ilości „danych”. Nie zawsze tylko wiemy, jak je zinterpretować, ale od tego są właśnie różniste metody pogłębienia tej swojej samoświadomości. 🙂

    Dzięki za bardzo ciekawy art! 🙂

  • Fajna książka, chętnie ją przeczytam, bo tak jak mówisz, na banały najcześciej nie zwracamy uwagi, a szkoda:)