4 rzeczy, których nie kupuję

Kupowanie jest szalenie przyjemne! Potrafię czerpać jakiś rodzaj przyjemności z zakupów, które nie są ubraniowe. Bywam dumna, że udało mi się kupić produkty spożywcze na cały tydzień, zaplanować wcześniej posiłki i złotówki nie wydać na jedzenie śmieciowe. Zdarza mi się wrócić z czymś nowym z centrum handlowego tylko dlatego, że w danym momencie kosmicznie mi się spodobało i już widziałam siebie i tę rzecz w setkach sytuacji w przyszłości. Niestety, najczęściej bywa tak, że te zachcianki są typowo chwilowe i po maksymalnie tygodniu.

Dlatego w momencie, kiedy jakaś rzecz wprawi nasze serce w przyspieszony ruch, a ręka samoistnie będzie sunęła w stronę torebki z portfelem (ewentualnie w stronę koszyka na stronie internetowej), warto się zatrzymać, zrobić stopklatkę jak w filmie i zadać sobie trzy pytania. Czy za 24 godziny nadal będziesz chciała to kupić? Co z jakością tej rzeczy, czy jest warta twoich pieniędzy? I ostatnie – u mnie kluczowe – czy będziesz miała CZAS, żeby naprawdę skorzystać z tego zakupu? Ile to razy miałam ochotę na kupienie na przykład kolejnej książki albo najlepiej od razu całej serii, ale ostatecznie zdałam sobie sprawę, że w tym momencie nie dam rady jej przeczytać, mam rozpoczęte inne, nie mam zbyt wiele wolnego czasu wieczorami… i odpuszczałam zakup, bo wiedziałam, że jak ta książka poczeka w kolejce ze dwa tygodnie to nie będzie już tak „grzała” 😉 No a jeśli miną te dwa tygodnie, wiem, że nie mam innych obowiązków i NADAL CHCĘ kupić daną lekturę – już chyba nie ma przeciwwskazań 🙂 Tylko prawda jest taka, że po takim czasie wcale jej już nie chcę.

Z biegiem lat zrozumiałam jeszcze więcej – niektórych drobnych rzeczy nie chcę kupować już nigdy. I to o nich dzisiaj chcę głównie pogadać, bo jak już zdamy sobie sprawę, że niektóre produkty są tak naprawdę niepotrzebne/łatwo znaleźć ich bardziej ekonomiczny zamiennik/można je pożyczyć, to okazuje się, że zbędnie wydawałyśmy pieniądze, które można było odłożyć na coś innego.

Rzeczy, których nie kupuję jest więcej, ale cztery akurat przychodzi mi do głowy 😉

Rzeczy, których nie kupuję

Reklamówki foliowe

Zrezygnowałam z nich już dawno, w tym momencie, gdyby zrobić spacer po moim mieszkaniu i przeliczyć torby, to zdecydowanie więcej znajdzie się tych z materiału niż folii. Zawsze jedną z nich mam przy sobie w torebce lub plecaku, bo naprawdę bardzo nie lubię brać kolejnych zrywek przy kasie. Z kilku powodów.

Torebki foliowe:
– nie są dobre dla środowiska,
– są nietrwałe,
– nie ma co z nimi zrobić po przyniesieniu zakupów do domu,
– prześwitują, czego nie lubię, bo nie lubię, kiedy ktoś podgląda moje zakupy ;),
– coraz częściej trzeba za nie płacić.

Lubię za to wszelkie torby z materiału, które nie dość, że są pojemne i wielokrotnego użytku, to jeszcze „pasują do mnie”. Wiecie, nakiś napis, nadruk, coś, co mnie określa.

Kolorowe gazety

No ludzie kochani, ile ja od dziecka kupowałam kolorowych gazetek, to wy sobie nawet nie wyobrażacie! Jako dziesięciolatka zaczęłam prenumerować 13. Magazyn szczęśliwej nastolatki, w międzyczasie wszystkie BRAVO, Dziewczyny i inne Filipinki musiały być moje. Obłęd. Dobrze, że nie zaczęłam jako pięciolatka dostawać Barbie i te inne bajkowe czasopisma, które kupuje się tylko dla plastikowego dodatku. Potem liceum, kolejna prenumerata, tym razem Cogito i tego akurat nie żałuję, ale wszystkie inne, zupełnie nic nie wnoszące do mojego życia bzdury to już nie jest powód do dumy. Dlatego od ponad roku nie kupuję gazet. Nie kusi mnie ulubiona aktorka na okładce ani nowy trening Chodakowskiej jako dodatek. Wyjątek stanowi na przykład KUKBUK. Kupię od czasu do czasu, ale ja traktuję go jako pewien rodzaj książki kucharskiej i zbioru pięknie smakowitych zdjęć. Lubię też Twój STYL – za wywiady, felietony i filmy, które lubię mieć fizycznie na płycie. To kolejny wyjątek. Innych u mnie już nie znajdziecie.

Powieści

Pewnie uznacie, że ściemniam, bo kiedy zajrzy się na mój Instagram to co drugie zdjęcie pokazuje jakąś powieść. Mam to szczęście, że często dostaję książki. Powieści oczywiście bardzo lubię, ale wolę kupować książki „praktyczne”. Takie jak widzicie na zdjęciu powyżej – książki, do których mogę, a nawet powinnam wracać. A przeciętną powieść czyta się zwykle raz i nigdy ponownie do niej nie wraca. Tutaj wyjątek stanowią powieści, które rzeczywiście chcę mieć w swojej kolekcji. Wiecie, Ania z Zielonego Wzgórza, Jeżycjada, klasycy… Taki prawdziwy miód dla duszy to kupię, ale nie pójdę do Empiku i nie wezmę najnowszej Michalak.

Małe butelki wody mineralnej

Koniec nieporęcznych butelek po 1,5 lub 2 litry. Ani tego ze sobą zabrać, ani przelać w mniejsze. Koniec wiecznego dokupowania małych butelek, które co prawda poręczniejsze, ale kończą się za szybko. Idealnym rozwiązaniem dla mnie okazała się butelka filtrująca. Używam Dafi, bo wydaje mi się być najlepsza do torebki (Brita według mnie jest za duża, no i droższa). Dzięki takiej butelce bez problemu wypijam 1,5 litra wody dziennie (albo i więcej), bo mogę wszędzie ją uzupełnić. Nawet jak zabiorę pustą, to w pracy czy na uczelni łatwo napełnić. Szczerze polecam. To jest moja druga – nie zmieniam filtrów, tylko kupuję nowe butelki, bo noszona przez dłuższy czas w torbie czy plecaku trochę się rysuje i niszczy i najzwyczajniej w świecie mi się nie podoba taka „zmęczona życiem”, dlatego wolę nową, cena nowej jest chyba taka sama jak samych wkładów, ale mogę się mylić.

 

To tylko wycinek z długiej listy rzeczy, których nie kupuję. Macie własną? 🙂

Inline
Inline