Kiedyś lubiłam moją szkołę…

Ze szkoły podstawowej pamiętam lekcje matematyki, odmianę przez przypadki słowa „chmura” i bal przebierańców, na którym z jakiegoś powodu byłam przebrana za murzynkę. Założę się, że gdzieś w szkolnych kronikach wklejone są zdjęcia z tego – bądź co bądź – nietypowego wydarzenia. Może nawet pod którymś z wpisów widnieje moje nazwisko. Nie wiem, nie pamiętam.

Pamiętam za to, że zajmowałam się prowadzeniem i drukiem szkolnej gazetki, pomagałam w pracy bibliotekarce, a na bal szóstoklasisty przyszłam ubrana w czarną spódnicę i bluzkę w białe groszki, które z racji jednolitego wzoru zlewały się w niezbyt zgrabną sukienkę. Pamiątek po swojej sześcioletniej obecności w tej szkole miałam w planach poszukać właśnie we wrześniu podczas praktyk.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy widzę kilka, może kilkanaście obrazów poszczególnych lekcji, osób i wydarzeń. Mam też jedno ważne w kontekście dzisiejszego wpisu spostrzeżenie. Jako dziecko lubi się swoich nauczycieli albo nie, jednak nigdy nie patrzy przez pryzmat tego, że to ich praca. Nie myśli się o tym, że mają prywatne życie, problemy, własne dzieci i że – jeszcze raz powtórzę – to praca. Oczami dziecka belfrzy jawią się jako przewodnicy, którzy zawsze wszystko wiedzą, lekcje prowadzą naturalnie, bo tak już jest i koniec i tak ma być i kropka.

Dopiero studia nauczycielskie zwróciły moją uwagę na to, że każdy element lekcji powinien być wcześniej przemyślany, być po coś.

W maju pierwszy raz stanęłam po drugiej stronie. I chociaż to dopiero pierwsze kroki w tę przygodę, to wiem, że ci wszyscy opanowani, pewni siebie, perfekcyjni nauczyciele, z którymi miałam styczność, to aktorzy. Nieźli aktorzy. Na pewno.

Nauczyciele z kilkuletnim doświadczeniem w pracy zawodowej nie zastanawiają się, jakie są cele tych czterdziestu pięciu minut spędzonych z dwudziestką średnio zainteresowanych przedmiotem młodzieńców. Nie sporządzają skrupulatnych konspektów i nie czerwienią się, kiedy uczeń zada niewygodne pytanie. Tacy nauczyciele przychodzą na zajęcia, nim wszyscy się rozpakują i usadowią na miejscach, oreintują się, co powinni dzisiaj zrobić, szybko otwierają Scenariusze lekcji albo Poradnik nauczyciela i zaczynają improwizację. Jakieś cele są, metody to raczej na wyczucie, ćwiczonko w książce, więc po co drukować inne. Żegnajcie, ciekawe lekcje! Żegnajcie, rozwojowe zabawy! Żegnaj, rozbudzona w uczniu pasjo! 🙂

IMG_20150524_202504

Do swojej pierwszej lekcji przygotowywałam się prawie dwa tygodnie. Kilkukrotne konsultowałam pomysły i plany z nauczycielami, wydałam kilkadziesiąt złotych na wykonanie pomocniczych materiałów i straciłam dużo nerwów, bo ja z natury nerwowa jestem, a jak mam przed sobą jakieś ważne (a to wtedy było ważne) zadanie, to nerwowa podwójnie.

Czy było warto? I tak, i nie. Pomimo idealnie ułożonego konspektu lekcji ona i tak toczy się własnym życiem (jak inaczej skoro bierze w niej udział co najmniej dwadzieścia rozbrykanych indywidualności), część materiałów trafi do kosza, a nerwów nikt nie zwróci. Czy warto się przygotowywać? Jak najbardziej! Jak do wszystkiego! Chwila pogłówkowania, trochę przygotowań i zaciekawi się najuporczywszego przeciwnika przedmiotu. Chcieć tylko trzeba. A efekty dodadzą skrzydeł.

IMG_20150509_162631

W poniedziałek, jakieś cztery miesiące po swojej pierwszej lekcji, rozpoczęłam czterotygodniowe praktyki w szkole. Jest miło, głośno, trochę przewidywalnie i pytanie „Co ja robię tu?” nasuwa się samo co mniej więcej kwadrans. No cóż, nowa sytuacja. Niemniej jednak dobrze wrócić w mury własnej podstawówki, usiąść w swojej klasie i posłuchać dawnej nauczycielki. Dobrze porozmawiać z uczniami, którzy na dobrą sprawę są sąsiadami i z nauczycielami, którzy nie traktują mnie jak przed laty, w czym nie ma nic dziwnego, a nadal zadziwia.

Kiedyś lubiłam moją szkołę. Teraz przyszło mi w niej uczyć, z roli wiecznie podporządkowanego uczniaka stanąć po drugiej stronie i spróbować być tą osobą, którą chciałam być od dziecka. Nadal lubię moją szkołę, ale lubieniem zupełnie innym. To też trochę tak jakbyś nagle ze studenta dziennikarstwa miał stać się pracownikiem popularnego czasopisma i przeprowadzić wywiad z zawstydzającym blaskiem świecącą gwiazdą albo w trakcie studiów psychologicznych miał pomagać ludziom rozmową albo leki przepisywać. Trochę się znasz, trochę pamiętasz z doświadczenia przed kierunkową edukacją czy z filmów, trochę działasz na wyczucie.

Ważne, żeby nadal to lubić. I nie dać się zwariować. Nauczyciele, w których jako dziecko wypatrywałam autorytetów, teraz jawią się jako fajni ludzie, którzy przychodzą do pracy, tak jak ja wstają czasem lewą nogą, dłużej posiedzieli ze znajomymi w niedzielny wieczór albo myślami są już gdzieś w okolicach piętnastej, bo tyle robótek w domu czeka i zakupy same się nie zrobią.

  • Stanąć po drugiej stronie barykady to rzeczywiście ciekawe doświadczenie. Myślę że dzisiejszym nauczycielom brakuje kreatywności, inspiracji. W całym moim ogólniamu była jedna ( jedna!) nauczycielka która próbowała cos inaczej, spontaniczniej, ciekawiej. I chwała za takich ludzi 🙂

  • Myślę, że zastrzeżenie człowieka w nauczycielu to problem gimnazjów i przyczyną braku w nich szacunku dla nauczycieli. A jeszcze przed tym stoi, jak żadko to nauczyciele widzą ludzi w swoich uczniach. Romanse na korytarzach, przeklinanie podczas dyżurów, głośne rozprawianie o swoim prywatnym życiu i ekshibicjonizm własnych wad, ja tak zapamiętałam swoich nauczycieli z gimnazjum i liceum.
    A ci w podstawówce byli tacy jak piszesz, tylko nauczycielami, którzy poza szkołą nie istnieją.
    Fajnie, że masz takie doświadczenia.

  • Ja podczas praktyk polubiłam moją szkołę na nowo, zmieniłam zdanie (na lepsze!) na temat niektórych nauczycieli i też zobaczyłam ich od innej strony 🙂

  • Nauczyciel to takie dziwne stworzenie po prostu. Z czasem będziesz spędzała mniej czasu na przygotowanie się, a konspekt zamienisz na wypunktowanie zadań, które zamierzasz zrobić z uczniami. Sama uczę dopiero od roku, a wiem że robienie konspektów zabiera tylko kupę czasu i nikomu jest nie potrzebne. Najlepiej postawić na notatki własne, krótkie. W których to jednak zamieścisz ile czasu spędzisz na jakim ćwiczeniu. Nauczyłam się również jeszcze jednej sztuczki – łatwo zamienić nudne ćwiczenie z podręcznika w coś ekscytującego. Wystarczy je zamieścić na prezentacji multimedialnej. Dzieciaki nie będą musiały zaglądać do podręcznika i od razu zrobi im się przyjemniej 🙂 Mała sztuczka, a czasem działa cuda.

  • W tym roku zaczynam studia polonistyczne i kiedyś zapewne tez będę w podobnej sytuacji co Ty. I przyznam szczerze, że już nie mogę doczekać się, żeby móc współpracować z młodzieżą i przekazywać im to, co wiem w sposób ciekawy, a nie tak, jak przekazano to mnie. 🙂

  • Marcelina Murawska

    Cieszę się, że mogę przeczytać o czyimś doświadczeniu i skonfrontować opinie 🙂 Ja również jestem po praktykach języka polskiego na trzech etapach edukacji.Najgorzej było w gimnazjum i liceum. Sam proces prowadzenia lekcji bardzo mi się podobał i czas wtedy bardzo szybko płynął, ale najgorsze były przygotowania! Potrafiłam nad jedną lekcją spędzić całe popołudnie i wieczór. Wtedy stwierdziłam, że praca nauczyciela jest strasznie męcząca, a te wszystkie zdania o rzekomym „nic nie robieniu” nauczyciela są niesprawdzoną bujdą. Przyznam, że trochę się tym zniechęciłam, co prawda wszyscy przekonują mnie, że najgorsze (czyt. najbardziej pracowite) to jakieś pierwsze trzy lata…
    Uświadomiłam sobie również, że bardzo wielu rzeczy nie pamiętam i muszę np. jeszcze raz czytać lektury! 🙂 W każdym razie praca nauczyciela według mnie nie jest taka łatwa i przyjemna, jak to zwykle uważa społeczeństwo. I jak najbardziej rozumiem Twoje nerwy 🙂

  • Uwielbiałam uczyć 🙂 i fakt konspekt to tylko wytyczna, a droga często prowadzi obok niej 😉 Mimo jednego konspektu każda z grup ćwiczeniowych jaką prowadziłam szła osobnym torem 🙂 🙂

    • Na każdej lekcji dzieje się coś, czego nie planowałam, nie przypuszczałam. Lubię to! 🙂

  • W gimnazjum ktoś kiedyś mówił, że nauczycielka matematyki ma bloga o modzie. Nie lubiliśmy jej (i kiepsko się ubierała), więc nawet nie widząc tego bloga zdążyliśmy stwierdzić, że kiepski. Jeśli cię uczniowie polubią i rozniesie się wieść o blogu, to od razu znajdzie się mnóstwo osób, które zajrzą tu, chociaż polubią wolniej zanim to zrobią. Takie tam nie na temat.

  • Ja odkąd syn poszedł do przedszkola i ma 3 przedszkolankę to widzę, że te dziewczyny po studiach mają w sobie taką pasję, kreatywność, ciepło, którym tym starszym już brak często… hmm szczerze to żaden nauczyciel poza jednym ze średniej budzi moje wspomnienia 🙂

  • Ach, te małe indywidualności. Potrafią narozrabiać i przy tym tak słodko uśmiechnąć się, że człowiekowi od razu miło robi się na sercu. Praca nauczyciela ma swoje zalety. Choć bywa ciężką i niedocenianą pracą.

    • Albo przyyytulić się do mnie tak mocno, że aż nie dowierzam, że tak sympatycznie podchodzą do nieznanej osoby 🙂

  • Jestem pod wrażeniem tego, jak widzę, że nauczyciel ma naprawdę pasję. Wydaje mi się, że super się tu odnajdujesz! Odbębnić konspekt na dany dzień a faktycznie być pasjonatem to wielka różnica. Tak jak piszesz – może to, co przygotujesz, wcale się nie przyda, albo nie uda się czegoś zrealizować, ale liczy się podejście i widać, że Ci zależy 🙂 Niestety nauczyciel to taki niedoceniony zawód, a to, na jakiego dzieci trafią potrafi w dużo zmienić. Niektórych nauczycieli bardzo długo się pamięta 🙂
    Trzymam kciuki, żebyś Twój zapał nie zgasł!

  • Ja ostatnio przeżywam rozdwojenie jaźni…jestem pedagogiem szkolnym w najlepszej szkole w mieście, w czasach licealnych byłam najlepszym wagarowiczem w historii miasta;)

Related Posts