W Londynie z blondynką

DSC_0183

Każdy, kto choć trochę mnie zna, wie, że mam parę drobnych słabości. Jedną z nich są książki Beaty Pawlikowskiej. Umiem spojrzeć na nie krytycznie, czasem mnie nudzą, ale jak to zwykle bywa ze słabościami – i tak po nie sięgam. Przez nią staję się zbieraczem książek, bo skupuję w sporych ilościach przy różnych okazjach, a potem czekają miesiącami na przeczytanie. Książek psychologicznych mam mniej więcej tyle samo, co podróżniczych.

W Blondynce w Londynie, Pawlikowska pisze:

Dwadzieścia lat temu pracowałam w Londynie nielegalnie jako sprzątaczka. Wymiatałam kurz z zakamarków hotelu dla bezdomnych i z własnego serca. Byłam Kopciuszkiem w kraju lepszych ludzi. Dwadzieścia lat później, w lipcu 2012 r. wracam do Londynu na specjalne zaproszenie Komitetu Igrzysk Olimpijskich. Dostaję złotą pochodnię, oficjalny biały strój i na oczach całego świata biegnę w sztafecie z ogniem olimpijskim. Kiedyś byłam Kopciuszkiem. Teraz jestem królową. Królową mojego życia.

Nie wiem, czy uwierzysz, ale w tę drugą podróż do Londynu, którą odbyła trzy lata temu, zabrała także i mnie. Zdradzę, jak było. Opowieść streszczę do jednego dnia.

DSC_0181

Rankiem zjadłyśmy typowe angielskie śniadanie. Rudowłosy kelner w czerwonym fartuchu postawił przede mną ogromny talerz, a na nim wszystko, czego chciałam spróbować – smażone jajka, pomidory, pieczarki, bekon, fasolka po bretońsku, kaszanka i grzanki. Na dodatek zamówiłyśmy English muffin, ale okazał się być czymś innym, niż się spodziewałyśmy. Nie zmienia to faktu, że nam smakował.

Po obfitym śniadaniu znalazłyśmy się na zieloniutkim trawniku przed Tower of London. Moja towarzyszka nie mogła się nadziwić, ile śladów sprzed tysiąca lat noszą kamienie tej budowli. Opowiedziała mi o duchach, dziewięciu krukach i innych, w jej mniemaniu, fascynujących rzeczach.

Ja byłam już myślami z dala od kamiennych wież. Myślałam tylko o tym, co czeka nas za parę godzin, chciałam wreszcie zobaczyć pochodnię igrzysk. Okazała się piękna! Trójkątna, złota, ażurowa. Miała 8000 tysięcy dziurek, bo tylu biegaczy wzięło udział w sztafecie z ogniem. Gdzieś wśród nich moja kompanka. Opis przygotowań do tego wydarzenia, jak i samego przebiegu to długa i osobna historia i w ogóle mnie nie dotycząca, ktoś inny opowie ci ją z barwnymi szczegółami.

Wieczorem po biegu poszłyśmy na jarmark. Ileż tam było wszystkiego! Największe wrażenie wywarł na nas wybór jedzenia z całego świata! Chińskie bułeczki na parze? Tajskie szaszłyki z drobiu? Indonezyjski smażony makaron z dodatkami? Co wybrać?!

Kiedy jeszcze chodziłam do szkoły, często jako zadanie domowe miałam napisać wypracowanie albo rozprawkę. Temat jednej z nich brzmiał „Podróże kształcą”. Pamiętam, że wtedy zgodziłam się z tą tezą, przywołując tytułową postać z Małego księcia. Nadal jestem tego samego zdania. Najkrótsza podróż może nas czegoś nauczyć. Jeśli nie prawdy o otaczającym świecie, to na pewno o nas samych.

Wyprawa z Beatą Pawlikowską zmieściła się na 125 ozdobionych odręcznymi rysunkami, małego formatu stronach. Pozwoliła na moment oderwać się od szarości za oknem (choć opisywany lipcowy Londyn też jest bury i deszczowy), no i wzbogacić swoją wiedzę o kilka ciekawostek. Ty też możesz pojechać w tę podróż z blondynką. Kiedy chcesz.

DSC_0188

Pawlikowska Beata, Blondynka w Londynie, Nathional Geographic, Warszawa 2013.
Książkę możesz kupić tutaj za 26,99 zł.

Podobne wpisy